Skip to content

Destruction Time Again

„Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie?” – pytał w piosence Wojciech Młynarski. Nowa władza ambicje i rozmach ma na tym polu bardzo duże. Wkrótce mają się zająć edukacją – choć wbrew cytowanej piosence, zadanie to nie przypadło akurat żadnemu panu, tylko pewnej pani.

Nowa minister edukacji, Anna Zalewska, stwierdziła była właśnie, że pora wyznaczać trendy w edukacji europejskiej, a nie oglądać się na innych. Do pani minister mam niniejszym taką uwagę: spóźniła się pani. To się już wydarzyło.

„Wszyscy wiedzą”, że reforma edukacyjna Handkego, która m.in. wprowadziła gimnazja, była, „jak wszystkie reformy rządu Buzka, do dupy”. (Nie)stety, brutalnie przeczą temu nagie fakty. Polska w dziedzinie edukacji na poziomie szkolnym osiągnęła w ostatniej dekadzie oszałamiający sukces, budząc światowy podziw i stając się wzorem dla wielu innych krajów, w tym dla USA.

Amerykańska dziennikarka i pisarka Amanda Ripley w bestsellerowej książce The Smartest Kids in the World, and How They Got that Way opisuje m.in. fenomen sukcesu edukacyjnego takich krajów jak Polska, Korea i Finlandia, zastanawiając się, jak to możliwe, że polskie dzieci, mimo wielokrotnie mniejszych nakładów na oświatę w porównaniu z jej rodzimymi USA, wykazują o tyle lepsze wyniki w nauce.

W prestiżowym rankingu PISA Polska znajduje się w absolutnej światowej czołówce, w UE ustępując jedynie wspomnianej Finlandii, poza tym w poszczególnych dziedzinach jeszcze Estonii (matematyka i nauki przyrodnicze), Holandii (matematyka i nauki humanistyczne) oraz Austrii (nauki humanistyczne).

Ważniejszy od samego wyniku i pozycji w rankingu jest tu jednak postęp, w przypadku Polski zupełnie spektakularny, licząc dekadę 2003-2012. Jak widać z rankingu, z wyprzedzających Polskę krajów jedynie Estonia zaliczyła polepszenie wyniku, choć znacznie słabsze niż Polska. Reszta to raczej spadki bądź niewielkie wzrosty.

Na sukces złożyło się zapewne wiele czynników (o których pisze wspomniana Ripley we wspomnianej książce), nie da się jednak zaprzeczyć, że są one głównie efektem właśnie wspomnianej reformy Handkego. Od kilkunastu lat polska edukacja szkolna działa nadspodziewanie dobrze – a jak coś działa dobrze, to się tego nie rusza.

Poza likwidacją gimnazjów, nowa władza – ulegając bardzo głupiej, populistycznej presji ‚obywatelskiej’, de facto będącej pomysłem jakiejś jednej nie wiedzieć czemu zacietrzewionej kretynki – ma w planach również ekspresową likwidację „obowiązku szkolnego 6-latków”.

Nie trzeba być fachowcem od oświaty, żeby dostrzegać szereg absurdów i problemów, jakie spowoduje nagłe cofnięcie niedawnej reformy:

1. „Martwy rocznik”: dzisiejsze 6-latki w ogromnej większości chodzą do szkoły, zatem od września nie miałby kto zasilić pierwszych klas. Naprędce wymyślony pomysł, że na życzenie rodziców obecni pierwszoklasiści mogliby powtarzać klasę, jest tak głupi, że nawet nie wiem, jak go skomentować. „Piotrusiu, wiem, że jesteś zdolny, ale będziesz powtarzał pierwszą klasę, musisz pożegnać swoich przyjaciół, aklimatyzować się na nowo, wynudzić przez rok, żeby pani minister nie miała kłopotu – bo my głosowaliśmy na PiS i bardzo lubimy naszą panią minister”. Ach, i warto jeszcze dodać, że „powtarzać klasę” można i bez reformy edukacji, zawsze było można, jest to nawet banalnie proste. Jak ktoś nie wie jak to zrobić, niech zapyta dowolnego znajomego 7-latka.

2. Kwestia dzisiejszych pięciolatków – dziś chodzą do obowiązkowej „zerówki”, w której odbierają wstępną edukację przygotowującą ich do szkoły. Teraz po jednej zerówce trafią do drugiej, co da podobny efekt, jak powtarzanie klasy. Co więcej, będzie to rocznik, który obowiązkowo chodził dwa lata do przedszkola, gdy wszystkie inne tylko jeden.

3. Kwestia przedszkoli. Media trąbią od wielu lat, że w Polsce istnieje wielki problem z miejscami w przedszkolach publicznych (we Wrocławiu istnieje na przykład taki fenomen, że corocznie w pewnym miesiącu, tuż przed terminami zapisów do przedszkoli, populacja miasta nagle krótkotrwale rośnie o kilkadziesiąt tysięcy – powodem jest nagminne meldowanie się ludzi okolicznych gmin, którzy mają dzieci w wieku przedszkolnym, do znajomych z Wrocławia, żeby załapać się na miejsce w miejskim przedszkolu, bo jest to tam znacznie łatwiejsze niż na prowincji). Te same media podobnie trąbią, jak to, olaboga, tu i ówdzie zamyka się szkoły, bo brakuje uczniów. No i na to wszystko wprowadza się „reformę” drenującą potężną populację dzieci ze szkół do przedszkoli, wprowadzając w tych ostatnich dodatkowo dwa obowiązkowe roczniki – 5-cio i 6-cio latków.

To główne problemy, ale jest ich więcej. „Wolny wybór” wieku, w którym dziecko ma iść do szkoły, stawia rodzica de facto przed decyzją już wtedy, kiedy dziecko ma 4 lata, bo trzeba zaplanować jego edukację przedszkolną w zależności od wieku posłania do szkoły. Sam zaś pamiętam, jak istotne w dziecięcym wieku jest, jaką się ma pozycję w klasie, a ta mocno zależy od rosłości danego dziecka. To sprawia, że zupełnie inną decyzją jest posłanie 6-letniego dziecka do 1-szej klasy, jeżeli pozostali uczniowie też mają po 6 lat, niż kiedy są mieszanką 6-cio i 7-mio latków – bo wówczas swoją ‚zdolną pociechę’ skazuje się na bycie wśród ‚tych mniejszych’ przez całą podstawówkę.

Reasumując – nasza nowa, wybitnie destruktywna władza, w swoim szale „odwróćmy wszystko, co zrobili poprzednicy”, za chwilę załatwi nam kryzys w oświacie wczesnoszkolnej i przedszkolnej, a długofalowo zapewne nagłą recesję po czasach znakomitej passy w edukacji szkolnej polskich dzieci.

Merry Christmas Everyone

W poprzedniej notce punktowałem podobieństwa państwa kaczystowskiego z komunistycznym PRL-em. Przyszło mi właśnie, na okazję świąt, do głowy jeszcze jedno.

To, czego sobie na te święta życzymy, dość zgodnie i międzynarodowo brzmi jak w tytule: „merry”. Radośnie. Właśnie – akurat te święta są radosne, czy to w wersji oryginalnej (narodziny słońca, narastanie jasności po najciemniejszym dniu w roku), czy to w modyfikacji chrześcijańskiej („boże narodzenie” – narodziny przyszłego zbawiciela, który kiedyś będzie cierpiał i umierał, ale póki co się cieszymy, że przyszedł na świat).

Radość i pogoda ducha to jest to, co ma być znakiem firmowym tych świąt. Ale jest to także coś, co jest zazwyczaj znakiem firmowym politycznej opozycji wobec opresyjnych reżimów.

Podczas ostatniej manifestacji KOD-u zrobiliśmy sobie z żoną selfie, zgodnie z rekomendacją organizacji rozsyłaną przez facebooka i twittera. Zdjęcie od razu wysłałem z odpowiednim tagiem na swoim wallu na twiterze (bardzo skromnym, ma ledwie czterdziestu followersów). Po chwili przeżyłem lekki szok – nasze zdjęcie dorobiło się kilkudziesięciu lajków, kilkunastu retweetów (m.in. z centralnego profilu Gazety Wyborczej), kilku hejterskich komentarzy. Nie bardzo rozumiałem, bo nie retweetował mnie żaden z followersów. Czyli najwyraźniej istotny był sam tag. Później, przeglądając twittera właśnie po tym tagu, chyba zrozumiałem. Trochę pomógł mi też tweet Tomasza Lisa:

Nasze zdjęcie, po prostu, bardzo dobrze się wpisywało w ten obraz – jesteśmy na nim oboje uśmiechnięci. Tak po prostu, odruchowo. W momencie, kiedy je robiłem, nie zdawałem sobie sprawy, że to ważne. Teraz widzę, że w zasadzie to jest kluczowe.

Przeglądanie zdjęć z demonstracji KOD (wszystkich, nie tylko selfie), porównywanie ich z tymi z kaczystowskich wieców smoleńskich, w obronie Radia Maryja i podobnych, pokazuje potężną różnicę. Tą różnicą jest radość.

Kiedy upadał PRL, byłem „wczesnym nastolatkiem”. Ale mimo to bardzo dobrze pamiętam atmosferę, jaka panowała w kręgach opozycji w tamtym czasie. Była tam serdeczność, optymizm, humor i radość. Śpiewało się piosenki, układało wierszyki. Podział „my” i „oni” był zdecydowany i wyraźny, ale po tej „naszej” stronie wszystko definiował humor – dla „naszych” radość, dla „nich” kpina.

Chyba nic bardziej nie kreśli dzisiejszych podziałów po linii sympatii politycznych, gwałtem narzuconej jako kaczyzm vs. nie-kaczyzm, niż pogoda ducha i radość.

Oni – nadęci, ponurzy, pompatyczni. My – radośni i serdeczni, kpiący i szyderczy. Oni z zawziętą mordą Kaczyńskiego miotającego obelgi. My – z Frasyniukiem, który na wiecu dziękuje premier Kopacz za kolejne działania (m.in. za opublikowanie wyroku TK) w salwach śmiechu dookoła.

Oni nawet mają swoich kabareciarzy – jak przerażająco smutnego i zgorzkniałego Jana Pietrzaka. Mają plującego niby-szyderą, przepełnionego jakąś tłumioną wewnętrzną rozpaczą Ziemkiewicza. Oni są smutną parodią samych siebie w każdym momencie, kiedy próbują być zabawni.

Po przeszło ćwierć wieku prawdziwa linia podziału znowu idzie po tym samym – po zdolności do bycia radosnym. Mimo wszystkich problemów i gnoju, którym raczy nas ta i tamta władza, pozostajemy pogodni. Wciąż mamy mnóstwo powodów, żeby się cieszyć, żeby świat wokół nas wprawiał nas w zachwyt. Na demonstracji KOD wystarczy do tego obecność podobnie radosnych ludzi – obcych, nieznanych – obok siebie.

Ciężko określić, jak to naprawdę jest – czy człowiek jest zgorzkniały, bo jest kaczystą, czy związek przyczynowo-skutkowy działa w drugą stronę. Wierzę, że właśnie to drugie. Dzięki temu, z pełnym przekonaniem, szczerze, i we własnym, dobrze pojętym interesie, składam życzenia jak w tytule:

WESOŁYCH świąt! WSZYSTKIM!

History repeating

Po likwidacji Trybunału Konstytucyjnego, Polska u schyłku 2015 roku przeistoczyła się w nowy PRL. Paralele są widoczne chyba najbardziej w warstwie nawet nie politycznej, ale estetycznej. Spróbujmy je wypunktować.

1. Wiodąca rola Partii.

Nie ma już trójpodziału władzy, nie tylko przez rozwalenie TK, a i wkrótce zapewne wszelkich innych sądów. Nie mamy bowiem już nawet podziału na władzę ustawodawczą i wykonawczą. Obie są w rękach jednej osoby – Jarosława Kaczyńskiego. Dwa ośrodki władzy wykonawczej – rząd i prezydent – są całkowicie podporządkowane woli Prezesa. Duda faktycznej niezależności pozbawił się żyrując łamanie prawa w imię uzyskania pełnej kontroli nad państwem przez Kaczyńskiego. Nie jest już niezawisły – w każdej chwili, przy pierwszym podskoku, jest teraz do natychmiastowego odstrzału przez Trybunał Stanu, jeżeli taka będzie wola Prezesa.

2. Wiece poparcia dla władzy.

Rzecz w nowoczesnych demokracjach zupełnie niespotykana, niepraktykowana nawet w czasach późnego PRL-u. Te same mechanizmy: zwożenie partyjniaków autobusami, szczucie na ludzi władzy nieprzychylnych, obrzucanie wyzwiskami – nie przez ‚spontaniczny’ tłum, a przez samych polityków, członków obozu rządzącego. Nadęcie i zawzięcie, pycha, arogancja.

3. Upartyjnianie wszystkiego.

Dzierżąc władzę ledwie od kilku tygodni, skupieni na demontażu państwa prawa nie zdążyli jeszcze specjalnie żadnego prawa zmienić. A mimo to, szturm na wszelkie instytucje, gdzie tylko już można poupychać wiernych partyjniaków, przybrał niesłychaną skalę. Najbardziej wyraziste jest tu mianowanie prezesem drugiej największej polskiej firmy przechrzczonego na kaczyzm starego komucha, bez kompetencji, doświadczenia czy choćby elementarnej ogłady.

Następna będzie cała służba cywilna, państwowe media, urzędy, reszta państwowych spółek. A, co gorsza, również nieszczęsny Trybunał Konstytucyjny (pięć już mianowanych partyjnych miernot, z Muszyńskim na czele, jest wyraźną wskazówką), dalej zapewne RPP, sądy…

4. Prymitywizm i arogancja.

Kolejna rzecz charakterystyczna dla PRL-u, to postępująca etyczno-estetyczna degrengolada kadr. W PiS-ie już de facto, po latach czystek podług klucza bezkrytycznej wierności guru, wysoce zaawansowana. Wystąpienia sejmowe, wiecowe i medialne ludzi pokroju Sasina, Suskiego, Pawłowicz czy Brudzińskiego budzą już nie tylko irytację, ale zwyczajne obrzydzenie.

5. Ogłupianie i sekciarstwo.

Wystawienie na pierwszą linię frontu o „naprawę demokracji” takiej kreatury jak Piotrowicz pokazuje nie tyle krótką ławkę, co wręcz ostentację władz. Nie może być to przypadkiem, jest raczej w wyrachowany sposób wymierzone w tak licznych w opozycji kombatantów walki o wolną Polskę. Ma im za zadanie pokazać coś w rodzaju parafrazy Goeringowskiego: „kto jest Żydem w Rzeszy, decyduję ja!”.

Wśród wielu starszych wiekiem sympatyków PiSu wciąż bowiem popularna jest optyka rzeczywistości, której ucieleśnieniem jest choćby Kornel Morawiecki – ciągła „walka z komuną”, mroczną, zaszytą w coraz bardziej tajemniczych „układach”. Jarosław Kaczyński, poprzez mozolne i głośne kreowanie się na tego jedynego sprawiedliwego antykomunistę, dał radę skanalizować cały ten nurt w swojej formacji. Już trzecią dekadę z powodzeniem szczuje tych ludzi na każdą arbitralnie przez siebie wyznaczoną grupę. Mimo tego, że w PiSie nie ostał się już dosłownie ani jeden „styropianiarz” PRL-u (Dorn był chyba ostatnim, który ich opuścił), mimo przejmowania i eksponowania postkomunistycznych miernot (Jasiński, Piotrowicz), mimo dosłownie całego środowiska kulturalno-intelektualnego, związanego bezpośrednio z PRL-owską opozycją lub będącego jej spadkobiercą, będącego w ostrej politycznej opozycji do PiS – to wciąż działa.

6. Lekceważenie dla „zgniłego Zachodu”.

Podobnie jak dla władz PRL, dla obecnych polityków i sympatyków kaczyzmu płynąca z zagranicy krytyka traktowana jest z bezrefleksyjną wrogością. Gdzieś za zachodnią granicą znajduje się cywilizacja, do której Polacy zawsze aspirowali – świat wolności obywatelskich, wysokiego poziomu życia, wolności słowa, realnej (a nie fasadowej) demokracji.

W czasach PRL-u władze rozpaczliwie starały się go zagłuszyć, dosłownie (jak Radio Wolna Europa) czy propagandą („żeby plusy nie przysłoniły wam minusów”, słanie kocy dla bezdomnych w USA). Jednak żaden rozsądny Polak tego nie kupował – to, że na Zachodzie jest lepiej, że rozpaczliwie zazdrościmy im tego i chcemy tak samo, nawet za wysoką cenę, było oczywiste.

Od czasów PRL-u świat tamten zmienił się niewiele. Niemniej znów, płynąca stamtąd jednoznaczna krytyka tego, jak wygląda nasz PRL-bis, jest dziś podobnie miażdżąca jak w czasach PRL-u. I ponownie środowiska władzy reagują agresywną dyskredytacją, udając, że nie jest to głos w imieniu zachodniej cywilizacji, czołowych światowych instytucji zajmujących się pieczą nad poszanowaniem praworządności i praw człowieka, ale oderwane i niereprezentatywne opinie „lewaków”.

7…

Co będzie dalej? Dalsze paralele będą się pojawiać z ponurą nieuniknionością.

Populizm pomieszany z nieudolnością kadr już wkrótce zaprocentuje pogorszeniem jakości pracy instytucji publicznych, stanu finansów publicznych, a krótko po tym całej gospodarki. Kryzys pogłębią nieuniknione sankcje ze strony Unii, w odpowiedzi na łamanie przez polskie władze zasad państwa prawa i demokracji. Władza na pewno się nie opamięta, raczej zradykalizuje w działaniach, a coraz szybszy demontaż państwa prawa i wolności obywatelskich (w szczególności atak na sądy i wolne media) spowoduje eskalację protestów na ulicach.

Nie miejmy złudzeń. Prędzej czy później dojdzie do aktów przemocy.

Istnieje jedynie słaba nadzieja, że zbuntują się sami funkcjonariusze policji i wojska. Ale to bardzo radykalny scenariusz, bo przy determinacji Jarosława Kaczyńskiego i bardzo niskiej kondycji etycznej jego zaplecza można być pewnym, że przed oddaniem władzy chwycą się dosłownie wszelkich możliwych środków, aby ją zatrzymać. Może więc być bardzo nieprzyjemnie.

Kolejna ‚profetyczna’ notka i chyba znów nie jestem oryginalny. Przyszłość maluje się ponuro. Jeżeli PiS nie zostanie odsunięty od władzy w jakiś inny sposób, niż przewidziany w dzisiejszym (wciąż jeszcze) porządku prawnym, możemy być pewni, że tak czy siak ten porządek zostanie przez nich zburzony. Nie będzie następnych, wolnych i proporcjonalnych, wyborów parlamentarnych. Prezydent albo ich zwyczajnie nie rozpisze, albo zmienią ordynację w taki sposób, aby nie było szans na co innego, niż utrzymanie przez Kaczyńskiego pełni władzy. Wszystko to, oczywiście, niezgodnie z Konstytucją. Czego jednak, od dziś, nikt nie będzie w stanie orzec.

What’s it all about

Skończył się pierwszy, zapewne kluczowy etap ustrojowej bandyterki nowych władz. Pora podsumować to, co się wydarzyło i – co ważniejsze – spróbować zrozumieć konsekwencje, a dokładniej odgadnąć, po co w ogóle ta cała ponura szopka się odbyła.

Pojawiające się w ciągu paru ostatnich gorących tygodni medialne grepsy na przemian mnie śmieszyły i irytowały. Przykłady paru:

* „PO pierwsza zaczęła majstrować przy TK”, oraz wariacje typu: „trzeba było wybrać tylko trzech”, itp.
W komentowaniu działań poprzedniego Sejmu wokół ustawy o TK nie akcentuje się najważniejszego: Sejm poprzedniej kadencji trzymał się drogi PRAWNEJ. Bez względu na to, jak „eleganckie” czy nie było przyjęcie ustawy tak, aby zdążyć wybrać jak najwięcej sędziów za swojej kadencji, od strony prawnej działanie nie budziło żadnych kontrowersji. Nie ma więc żadnej, nawet najmniejszej, symetrii pomiędzy „skokiem na TK” ze strony poprzedniego Sejmu, a tym, co wyprawiają bandyci obecnej kadencji.

Co więcej, wybór trzech z pięciu sędziów był nie tylko legalny, ale i konieczny, nawet bez nowelizacji Ustawy, w przeciwnym razie złamanoby prawo nie zapewniając ciągłości obsady TK. Co do pozostałych dwóch, tłumaczenie, że Sejm poprzedniej kadencji bez wiedzy o tym, kiedy faktycznie ta kadencja wygaśnie, wolał to zrobić z podobnych powodów, również ma ręce i nogi. Narrację kaczystowską, jakoby rzekomo było to jakieś niefajne działanie, zadziwiająco łatwo łyknęły nie tylko media, ale nawet niektórzy politycy PO.

Last but not least – Do VII kadencji na sędziów TK powoływano ludzi kompetentnych, z autorytetem. Żadna inna partia nawet nie zbliża się do PiS pod względem ich obsesji na obsadzanie czegokolwiek się da ‚swoimi’ partyjniakami, choćby nie wiadomo jakimi poza tym nie byli miernotami. Działanie poprzedniego Sejmu zatem, jeżeli miałoby być z wyrachowania, to raczej aby maksymalnie uniemożliwić tę praktykę następnemu Sejmowi. Jak widać z dzisiejszej perspektywy, było to zdecydowanie uzasadnione.

Ale gdzie indziej leży źródło mojej irytacji. Otóż w tym, że najwyraźniej sugeruje się, że kaczyści potrzebowali jakiegoś „pretekstu” do zamachu na TK. Że PO/PSL „ułatwili” im skok na TK.

Święta naiwności…

* „Teraz wszystko w rękach Prezydenta”, „Prezydent może jeszcze naprawić sytuację” itp.

Powyższe opinie teraz już raczej są historią, niemniej jeszcze nawet po tzw. orędziu pojawiały się tu i ówdzie w ustach wydawałoby się rozsądnych dziennikarzy czy komentatorów. Za każdym takim razem krzywiłem się potwornie. Naprawdę ktoś przez chwilę choć wierzył, że ta wesz na prezydenckim stołku ma jakąś godność, jakiś charakter, jakąś niezależność od swojego guru?

* „Mamy chaos prawny”. Taka fraza, trzeba oddać, jednak pojawiała się w wypowiedziach jedynie co głupszych komentatorów. Jednak się pojawiała.

Sytuacja prawna jest porównywalna do takiej, gdy na podłodze leży zakrwawione ciało z raną kłutą w piersi, nad nim stoi koleś z zakrwawionym nożem w ręku, a wokół sześć kamer monitoringu rejestruje obraz sceny, mając pełen zapis z ostatnich kilku godzin.

Trzeba jednak przyznać, że jak na tak ewidetnie jednoznaczną sprawę, udało się kaczystom namieszać w głowach gawiedzi.

* „Poprzedni Sejm złamał Konstytucję”. To stwierdzenie już, na szczęście, pada jednak wyłącznie ze strony kaczystów i ich medialnych siepaczy. Jest porażająco wprost głupie, dodatkowo jeszcze odsłaniające brak jakiejś podstawowej intuicji prawnej, jaką powinien mieć każdy rozgarnięty obywatel, bez względu na wykształcenie.

No dobra, to przejdźmy może do głównej kwestii – po co im to wszystko?

Ludzie naiwni są skołowani. Kaczyści działają już nie jak banda, która ma słabe kadry, ograniczone zasoby ludzi kompetentnych, wiarygodnych czy budzących sympatię. Działają z wyraźną ostentacją. Nie jest bowiem możliwe, że twarzą sporu o TK musieli, no po prostu musieli i już, uczynić postać tak odrażającą jak Sławomir Piotrowicz.

Działania partii rządzącej w ostatnich tygodniach pokazują wyraźnie, że nie ma tu żadnego miotania, ping-ponga, reakcji na akcję. Widać wyraźnie, że oni realizują starannie opracowany plan, od realizacji którego nie odwiedzie ich nic. Mają wyłącznie jeden cel – nie oddać już nigdy władzy, przynajmniej dopóki żyje Jarosław Kaczyński. W realizacji tego celu nie cofną się przed niczym.

Wiele razy pada pytanie, po co im ta wojna o TK? Politycy opozycji, dziennikarze, dopytują się polityków rządzących, jakie mają zamiar niekonstytucyjne ustawy uchwalać, że potrzebny im spacyfikowany TK?

No więc pobawię się we wróżkę i Wam powiem. Priorytetem będą prywatne media. Kaczyści znani są ze swojej wyjątkowej obsesji an punkcie mediów. Zbudowali swoją armię dziennikarskich miernot, całkowicie podporządkowanych swojej partii (nie tylko ideologicznie, ale i biznesowo – media Karnowskich, Sakiewicza, Lisickiego, de facto należą do spółki Srebrna i podmiotów powiązanych), ironicznie nazywających się „niezależnymi”, a następnie zaczęli nazywać dokładnie wszystkie inne media „prorządowymi”.

Wróżę, że będzie to jeden z ich priorytetów zaraz po spacyfikowaniu TK. Na przykład wymyślą coś w rodzaju licencji na zawód dziennikarza, która będzie udzielana przez instytucję zależną od rządu, Sejmu, łotewer. W każdym razie zrobią wszystko, żeby prywatne, naprawdę niezależne media zniszczyć.

Następnie zaczną centralizację władzy, poprzez marginalizowanie samorządów. Przypuszczam też, że szybko opanują NBP. Obawiam się, że również i PKW. No i, rzecz jasna, skupią potężne siły na czystkach w sądownictwie. Uzależnienie sądów to ich kolejny wielki priorytet, zapowiadany zresztą całkiem wprost w kampaniach.

Przyszłość Polski jawi się mi ponuro.

Trybunał Konstytucyjny od dziś już w zasadzie nie istnieje. Rząd właśnie zauzurpował sobie pozycję nadrzędną, do ostatecznego rozstrzygania o ważności ich wyroków. TO oznacza, że Polska za chwilę wyląduje na dywaniku Parlamentu Europejskiego. Szacuję, że co poważniejsze sankcje wobec Polski zaczną się w najbliższych tygodniach, a jeszcze w 2016 roku Polska wyląduje poza Unią.

Skasowanie reformy wieku emerytalnego, brak hamulców w wydatkach budżetu, inne populistyczne i kosztowne reformy za chwilę wpłyną na zjazd Polski w ratingach, tak mozolnie wypracowany przez poprzednie rządy (jako JEDYNEGO kraju OECD ratingi Polski wzrosły w ciągu ostatnich 8 lat, podczas gdy spadały takich potęg jak Francja czy USA! Rentowność obligacji Polska ma obecnie najniższą w regionie, w dodatku niższą też niż Włochy, Hiszpania czy Portugalia!).

To oznacza, niestety, raczej nieuniknioną ścieżkę Grecji. Grecję wykończył właśnie nagły wzrost rentowności ich papierów dłużnych, nie sam dług.

Polska przed końcem kadencji kaczystów będzie bankrutem.

Niestety, nie przyjęliśmy euro. Nie będziemy też już raczej w UE. Nikt więc nas nie będzie ratował.

Podsumowując – Polska właśnie wkroczyła na równię pochyłą, na której końcu jest totalitarny failed state. W środku Europy. Światowy precedens.

Co dalej? Moja wyobraźnia tu się kończy. Pewnie zamieszki i obalenie władzy siłą. Dużo za późno, ale niestety taki mamy naród – który teraz, w liczbie milionów, pewnie wciąż się cieszy, że „patriotyczny rząd pogonił zgniłe elity”.

Moje porady: uciekać, póki kto młody i może. Przewalutowywać kredyty, jeżeli kto ma w euro. Wierzyć, że się mylę. Chciałbym bardzo…

Obrazek

Pigs

Into the Void

Patrząc na poczynania zachłyśniętych władzą kaczystów już w pierwszych dniach (!) dzierżenia formalnej władzy, powstaje jedno rozpaczliwe pytanie: co ich może powstrzymać?

O grozę przyprawia zdanie sobie sprawy z jedynej odpowiedzi, do jakiej można dojść: NIC.

Nie ma międzynarodowej, czy unijnej, instytucji czy jakiejkolwiek drogi prawnej, która mogłaby powstrzymać władze suwerennego państwa przed łamaniem własnych praw, konstytucji, trójpodziału władzy, wolności słowa, wolności mediów, czy ogólnie – fundamentów demokracji.

Przed użyciem pojęcia „pełzający totalitaryzm” powstrzymuje mnie jedynie wątpliwość, czy – obserwując nieskrępowany rozmach nowej władzy tak w czynach, jak i deklaracjach – na miejscu jest tutaj przymiotnik „pełzający”.

Szmalcownicy’15

Terroryści związani z ISIS zabijają tych, których uważają za wrogów.

Reakcja środowisk kaczystowskich: „wydać terrorystom z ISIS ich ofiary – zamknąć granice, nie wpuszczać uchodźców!

Wspominałem już, jak bardzo się wami brzydzę, kaczyści?

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.